piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych :)

Wesołych i pięknych Świąt, spokoju i smakołyków i wszystkiego czego tylko sobie życzycie!

niedziela, 5 grudnia 2010

tematów nie brak

za to czasu owszem.
Ostatnio tłuką mi się po głowie tematy. Od kapci islandzkich, poprzez pracę w islandzkiej kwiaciarni do muzyki, filmu, książki i i wielu innych jeszcze. Niestety okres adwentowy w pracy daje w kość. I przygotowania do WOŚPu, pranie ciuchów w domu o porządkach nie wspomnę.
Jednak wczoraj zyskałam wolny conajmniej poniedziałek. Za sprawą kota. Co nie znaczy, że mogę siedzieć i spokojnie pisać. Bo kot tenże pod samym domem, podciął mi nogę na lodzie. W związku z czym pizgłam na plecy próbując w locie ratować kość ogonową. Zadziwiające jest to jak wiele myśli, w tak sekundowym zdarzeniu, przewija się przez głowę. Dzięki Rudemu, miałam dość ciężką noc. Zimne poty, gorączka i tak dalej. Dziś jakoś lepiej. Siedzę na tyłku w każdym razie. Mam problemy z wstawaniem i schylaniem ale jakoś żyję na jednym tylko środku przeciwbólowym. Ponieważ kryzys w Islandii jest chybe w swoim exodusie, to zamnknięto pogotowie w mym mieście i dlatego w nocy nie pojechaliśmy sprzawdzić mój tyłek bo do Reykjaviku w samochodzie bym nie dala rady. A w dzien też nie bardzo. Zobaczymy jutro. W każdym razie wychodzi na to, że się kolejny raz uchylam od pracy w najgorętszym okresie. Dwa lata temu ucięłam sobie palca. Teraz Rude mnie zaatakowało. I muszę przyznać, że nie żywię doń ciepłych uczuć.
Miałam w planie na dziś wypisanie kartek, udziubanie kilku filcaków ....pół dnia oglądam filmy na leżąca, na pół leżąco, na klęczkach, po turecku, na płasko w żadnej pozie nie wytzrymując dłużej niż 20 min.

Więc Mikołaja na jutro proszę o niebolący tyłek, o zdrowy kręgosłup i odrobinę mądrzejszego Rudego.

Obalała miauka :)

niedziela, 31 października 2010

no to fruuu

śmigam obejrzeć zaduszkową jesień w mniej północnej części europy :)

niedziela, 24 października 2010

reklama, reklama

i nie jest to pranie mózgu z rana :)

Chciałam polecić książkę pewnej mej forumowej koleżanki, która nazywa się Ania Staszewska a jej książka, świeżo wydana, nosi tytuł "Każdy by się chciał powiesić".
Niestety książki jeszcze nie czytałam, bo naprawdę jest ona gorąca jak świeża bułeczka i zakupię ją będąc w Polsce. Żeby jednak nie było, że reklamuję kota w worku. Bo nie. Bo autorkę znam z jej opowiadań pisanych na pewnym forum. Opowiadania były świetne, pełne humoru i genialnego dystansu autorki do samej siebie, błyskotliwych dialogów przyprawiających o ból mięśni brzucha.
A tak Ania, w swojej nowej książce, pisze o rosole:

"Mam znajomą, której dziecko chodzi razem z moim synem do szkoły. Jakoś tak się dziwnie składa, że codziennie wracając ze szkoły, ze swoim synkiem, zagląda do mnie i już od progu krzyczy:
- Cześć! To ja, Kasia. Wpadłam tylko na chwilę. Mogę zostawić Krzysia? Lecę tylko na ryneczek, po zakupy.
Ja oczywiście się zgadzam, bo i co mam jej powiedzieć? Wiadomo przecież, jaki jest rytuał. Jak dziecko po sześciu czy siedmiu godzinach wraca ze szkoły, to jeszcze z tornistrem na plecach, krzyczy „jeść”. Ja o tym wiem i, umówmy się, no każdy powinien o tym wiedzieć. Ale nie Kasia. Skądże? Przecież jej Ksysio, to niejadek straszny, on to tylko chipsy by jadł i nic więcej. Ta, jasne!
- Cześć! To ja, Kasia. Wpadłam tylko na chwilę. Mogę zostawić Krzysia? Lecę tylko na ryneczek, po zakupy.
- Tak, oczywiście – zanim odpowiedziałam, już jej nie było.
Tylko, że dzisiaj był problem, bo ja przed chwilą wróciłam i nie zdążyłam ugotować obiadu, miałam wczorajszy rosołek, który miałam w planach podgrzać. Zupki było mało, miała wystarczyć dla małego.
Ale wiadomo trzeba nakarmić niejadka Krzysia, tylko czym? Nałożyłam makaron na dwa talerze i patrzyłam na rosół myśląc, jak go podzielić. No, nie da się. Wzięłam kostkę rosołową, której nigdy, przenigdy nie używam i nawet nie wiem, skąd miałam ją w domu. Rozpuściłam kostkę w szklance z wodą i wlałam do talerza Krzysia, ładnie przybierając marchewką z rosołku. Chłopcy usiedli dyskutując żwawo.
Nagle usłyszałam maleńki fragmencik:
- Ale wy tu, słone zupy macie. (Krzyś)
- Nie, coś ty? Pyszne, wcale nie słone – tłumaczyło z lekka oburzone, moje dziecko.
- Co ty gadasz? Ja nie mogę, to jest za słone.
- Jedz, nie można marnować jedzenia.
- Nie, bo mi się pić chce.
O, cholera! Złapałam opakowanie po kostce rosołowej i czytam. A tam jak wół „Kostkę rozpuścić w pół litra gorącej wody”. No, tak a ja dzieciakowi rozpuściłam w połowie szklanki! Poszłam szybko do dzieci i pytam:
- Zjedliście?
- Tak mamusiu. Ale wiesz, Ksysio mówi, że za słona i zostawił. Ale on się nie zna, bo jego mama wcale nie gotuje.
- Tak, Krzysiu? Za słona? – zapytałam.
- Tak, słona jak… sól. I ja nie mogę.
Złapałam talerze i wyniosłam do kuchni, żeby nie daj Boże Kasia po powrocie nie chciała dokończyć, albo spróbować, czemu Ksysio zostawił. Niepotrzebnie się martwiłam, bo jak tylko pojawiła się w kuchni, Ksysio krzyknął:
- Mamo, już mi nie każ więcej tu jeść, bo oni mają strasznie słone zupy!
Mina Kasienki bezcenna!"


A tak wygląda książka:

sobota, 9 października 2010

pięknie jest :)

Wolna sobota! świeci cudnie słońce. Mogę się ruszać po wczorajszej jedenastogodzinnej pracy w ciągłym biegu (jakby kto myślał, że praca w kwiaciarni jest "letka" to zapraszam w piątek, na wyprzedaż, dzień przed ślubem klientki i z nową koleżanką w pracy) :)

Konto na debecie, dużym. Karty pękają. Jednak jedziemy do Reykjaviku, jest tak cudnie, że ciągnie mnie do miasta większego niż te nasze bezdrzewne 15sto tysięczne. Pójdziemy do parku :)
Zakupię zapięcia broszkowe.... a wieczorem będę dziergać.

Słońce jest najlepszym antydepresantem na świecie.
I rude jedzące wędzonego "łosia".
:):):)


dobrej soboty!

wtorek, 5 października 2010

twórczo :)

mój twórczy blog już jest :)
Po kilku miesiącach podejść jest.

tu jest :)


zapraszam :)
 jakoś tak samej siebie nie umiem zareklamować hih

poniedziałek, 4 października 2010

ot tak sobie :)


wiosenne wspomnienie z Polski.
Tęskno mi jakoś bardziej niż zazwyczaj.
:)





Letnie wspomnienie z mojego balkonu.
Rude na starej wycieraczce, która została zastąpiona nową, niefilcującą kociego futra. Odnalazł starą na balkonie i olał nową z kokosa. W związku z tym ma całą dupę pofilcowaną.
:)



Pierwsza w tym sezonie wypatrzona zorza. Tenże sam balkon 
:)

niedziela, 12 września 2010

się zastanawiam, czy to żart jest

jeśli nie, to po raz kolejny cieszę się że mieszkam poza granicami tego pięknego kraju.
I to nic, że dziś mi się śniło, że byliśmy tam i mieliśmy zamiar kupić ziemię. I że jakiś rolnik co to zapomniał, że jest rolnikiem  a za to bardzo się zaprzyjaźnił z butelką żytniej, chciał swoją ziemię z domem sprzedać za nie bardzo dużo.

Czy dziś jest jakieś nowe prima aprilis?

piątek, 10 września 2010

po dziesiąte

Cmentarze lubię. Bardzo.
i czekoladę. Na wyspę zabrałabym albo czekoladę albo ziarna kakaowca, coby je wysiać i produkować gorzką czekoladę i zrobić super na niej biznes. Robiłabym dla siebie czekoladę z chili, a na zbyt i dla rewolucji rynkowej czekoladę z algami....albo z piaskiem pustynnym ....

fragmenty muzyczne z mojego ulubionego chyba filmu, z przepiękną Juliette Binoche, z boskim   Johnny Deepem, świetną scenografią, itd :)

a obok mnie leży ręcznie przeze mnie kulana, ostatnia, przepyszna, zawierająca spirytus z Polski.... bajaderka. :)







i trailer :)

poniedziałek, 6 września 2010

Lubię :)

Kilka dni myślałam.
Star, melduję że lubię:




1. Koty - szczególnie mojego własnego. Nie dość, że ładne to, to jeszcze puchate. Lubię koty od niedawna. W sumie niecałą jedną trzecią mego życia. Są pięknymi stworzeniami niezależnie od umaszczenia, rasy, miejsca na ziemii. Mruczą. Przynajmiej te domowe. Są niezależne a jednak wybierają nas sobie na towarzyszy. Są różne. Jedne są przytulaśne, inne, tak jak mój, lubią być blisko ale nie za bardzo,  jedne są ciche inne dyskutują dużo i namiętnie. Lubię, gdy moje Rude siedzi na kanapie, co prawda w pewnej od nas odległości jednak wystarczająco blisko by słyszeć jak mruczy. I psy, i wszelkie inne zwierzony także lubię.


2. Czyścić róże. Lubię gdy jest dostawa kwiatów i nie ma zbyt dużego ruchu. Mogę wtedy spokojnie się nimi zająć. Odciąć kolce, usunąć uszkodzone liście, podciąć je tak jak tego potrzebują by dobrze pić wodę. Ułożyć je tak by im było w wazonie wygodnie a mi by było wygodnie je z niego wyciągać.
Lubię zastygnąć w oglądaniu ich niedoskonałości. Lubię znajdywać przebarwione żyłki na płatkach.
W sumie lubię się zajmować wszystkimi kwiatami, ale róże zajmują najwięcej czasu, w którym mogę się rozpłynąć i odmóżdżyć jak w kinie. :)
ot takie dziwactwo


3. Lubię internet. Lubię komunikatory do komunikowania się z mamą :)
Do gadulcowych rozmów z pewnym Kasikiem i pewną od dawna już nie odzywającą się Anią.
Lubię internet bo mogę zobaczyć mojego tatę. Możemy nawet wypić piwo stukając się w kamerki. 
Lubię nauczyć się piec chleb zaglądając do pewnego bloga. Lubię dowiedzieć się co u pewnego Miaurycego. Lubię internet, lubię też za nim zatęsknić. 


4. Lubię robić coś wspólnie z NieWikingiem. Wspólnie gotować, kroić, siekać popijąc wino. Składać biżu. Sprzątać. Jechać razem autem. Razem auto myć. Razem składać pranie. Sadzić kwiatki. Takie razem robienie daje mi poczucie rodzinności. To jest chyba coś przed czym jako nastolatka się wzbraniałam, gdy mama wołała do wspólnego z dziadkiem lepienia pierogów albo czyszczenia grzybów. Teraz za to NW sie wzbrania. Ot koło. :) 


5. Lubię lotniska. Lubię siedzieć, czekać i patrzeć na ludzi. Jak się zachowują, jak wyglądają, co robią. Czasem na lotnisku zapadam się w to gapienie jak w czytanie książki. Lubię gdy po głównej ulicy Reykjaviku chodzą turyści. Lubię zgadywać skąd przyjechali. Kim są. Czy mają dzieci. Gdy wyjeżdżają robi się pusto. 


6. Lubię jeść. Nowe smaki. Stare smaki. Zapomniane. Lubię kuchenne wspomnienia. Babcine gołąbki, babciną szarlotkę, dziadkowego kurczaka, rybę po grecku... Tatowy bigos, mamowa ogórkowa. Bitki wołowe smażone na starej patelni, z takim śmiesznym dnem. Gdzie ta patelnia? :)
Lubię jedzeniowe celebracje, lubię też zjeść ser prosto z deski do krojenia i zagryźć winogronem z woreczka. Lubię wypić wino z wielkiej błyszczącej lampki, lubię też grzać wino biwakując w samochodzie i pić je z metalowego kubka.


7. Książki. Czytać, wracać do nich. Czekać na kolejne.
Znikać w książkach już nie umiem tak bardzo jak umiałam jako nastolatka, nadal jednak to lubię. :)
Lubię o nich opowiadać, choć nie umiem o nich pisać. Lubię gdy są nieidealne. Nie dbam o nie jak o klejnot. Książka jak nowa, to książka nie moja. Moje książki ze mną przez jakiś czas żyją. Czyli śpią ze mną, kąpią się, są w pracy, jedzą, suszą włosy... Się zużywają tak samo jak ja :)


8. Filmy. W domu, w kinie. Na malutkim ekraniku, na rzutniku, w starym telewizorze.... 


9. Lubię wiedzieć, że gdzieś tam jest moja mama. Zdrowa. Że nie powie mi, że zdania się od "że" nie zaczyna. Lubię wiedzieć, że dorosłam na tyle by docenić to, że jest. Wiedzieć, że cokolwiek nie zrobię to  jest mama :) Lubię to, że to lubię. 


10. nad dziesiątym muszę pomyśleć dłużej :)




Kolejność jest całkiem nie przystająca do stopnia lubienia. Nie alfabetyczna i nie procentowa. Przypadkowa. Nie umiem kolejności ustalić :)




Do zabawy w lubienie chciałabym zaprosić kilka osób, tylko nie wiem czy już nie były zaproszone a co lepsze to nie wiem czy tu zaglądają. Ja w każdym razie zaglądam do nich.
Przy okazji prywatę załatwię i powiem: Polko, jestem okropnie spóźniona (zapóźniona) i wiecznie zapominam pójść do czerwonego domu, pójdę jednak. Przed zimą pójdę :) 
Więc jeśli macie chęć i czas i lubicie lubić to zapraszam:
Eumenido z http://niechzyjebal.blog.onet.pl/
Beato z http://kompensacja.blogspot.com/
Daisy z http://doggiedaisy.blogspot.com/
Floro z http://floraservice.blogspot.com/
Lulo Lu z http://tworczula.blogspot.com/  ale sobie odmieniłam :)
Tuv z http://zachodniwiatr.blogspot.com/
Polko  http://table-table.blogspot.com/
Agnieszko z http://www.kuchnianadatlantykiem.com/
Agiku z http://zachcialo-mi-sie-pisac.blogspot.com/
Plamko, Ty jeśli zechcesz to napisz w komentarzu, na gg......gdziekolwiek :) 




Star, dziękuję za zmuszenie mnie do zastanowienia się nad tym słowem "lubię" i nad tym co się pod nim kryje. 
:)

piątek, 3 września 2010

ulubiona muzyka Magnusa




tego Magnusa http://ot-tak-sobie.blogspot.com/2009/07/magnus.html




Magnusa chcą zwolnić, czyli sprzedać aaaaaaa chyba zrobię zbiórkę na Ptaszora :)

piątek, 20 sierpnia 2010

Múm i Jónsi w Polsce






Czytałam już różne opisy tych zespołów. Najczęściej powtarzający to, że są oni esensją 
islandzkości, że oddają islandzką mentalność, że są esencją islandzkiego życia z dala od
pędzącej zachodniej cywilizacji.
Ta muzyka tak brzmi, to fakt. Jednak tutejsze życie nie biegnie zdala od zachodniej
cywilizacji. Ono na niej bazuje. Powszechne rodzinne odżywianie się w fastfódach, plazmy
na ścianach, range rovery na ulicach, zakupy w Bostonie...
Tutaj muzycznymi gwiazdami nie są powyższe zespoły a Páll Óskar i jemu podobni. :) i dobrze


Muzyka Sigur Rós, Múm i Jónsiego oddaje pięknie Islandię jako krainę. Islandia jest cudna i
ta muzyka świetnie pasuje do jazdy przez islandzkie bezdroża. :)












czwartek, 19 sierpnia 2010

kot i samotni bogowie


Nie umiem pisać recenzji, napiszę więc tylko, że warto te dwie nieduże książki przeczytać.
"Samotność Bogów" to podobno książka dla dzieci. Nadal jestem dzieckiem i przeczytałam ją z dużym przejęciem. Pewne sprawy w mej głowie się dzięki niej naprostowały. :)

A "W krainie Kota", to również książka pomagająca trochę zrozumieć świat i siebie.
Nie nadaję się na recenzentkę.
Polecam Wam więc te książki gorąco i już :)




czwartek, 29 lipca 2010

sobota, 24 lipca 2010

o zgnilakach część druga :)

Tym razem o rekinie ze specjalną dedykacją dla osobistego Tuv :)


Hákarl jest rekinem, najczęściej grenlandzkim.  Świeży zawiera szkodliwe kwasy nie można go więc jeść tak od razu. Islandczycy wymyślili na to sposób. Zakopują skubańca na kilka miesięcy poddając go tym samym fermentacji, a potem suszą. W trakcie tej fermentacji trujący kwas moczowy rozkłada się do amoniaku. W związku z tym gotowy rarytas wydaje bardzo mocny jego zapach. Suszenie odbywa się w wiatach, które chronią od słońca jednocześnie umożlwiając swobodny przepływ powietrza.




Niektórzy mówią, że hákarl smakuje jak przedojrzały ser. Wg mnie to nieprawda. Smakuje jak padlina rybna. I jest dla mnie nie jadalny. Mimo, że postąpiłam jak należy czyli popiłam do tego tradycyjną isladzką wódkę brennivin, to i tak biegłam to łazienki szybkim kłusem by pozbyć się tego smaku poprzez dokładne szorowanie zębów:)
Są jednak tacy którym nawet posmakował. I nie mówię o Islandczykach.
Na wypad do Polski wzięliśmy małe pudełeczko rekina i flaszkę brennivina. I każdego częstowaliśmy. Na balkonie lub całkiem na świeżym powietrzu, bo w domu wszystkie kwiatki by chyba zwiędły. Niektórzy przełykali w całości, niektórzy gryźli i pluli, a niektórzy, w tym jedna pani Krysia, dobierali kolejną kosteczkę. :) 
Dla mnie sam brennivin jest wielce szczególny i trudny do przełknięcia. W tłumaczeniu Brennivin, oznacza płonące wino, i często jest nazywany "czarną śmiercią". Czarna etykietka miała odstraszać potencjalnych zainteresowanych, co oczywiście się nie stało. W smaku przypomina bimber lukrecjowo, anyżowo, kminkowy. Mojej mamie smakowało.
Brennivin popija się by złagodzić smak hákarla.











W przeciwieństwie do skaty, hákarl jest podawany częściej niż raz do roku. Można go kupić prawie w każdym markecie, a napewno na rynku rybnym Kolaportid, czynnym tylko w weekendy. 
Brennivin można natomiast nabyć w jedynym słusznym sklepie Vinbudzie. Vinbud to sieć monopolowa, państwowa. Nigdzie, poza vinbudem, nie można kupić alkoholu. Ot taki folkor islandzki. 


A tu filmik o tym jak cudzoziemcy kosztują islandzkiego przysmaku :)






zdjęcia z sieci

poniedziałek, 19 lipca 2010

mniam .... czyli zgnilakach :) cz I

Tuv,, z opóżnieniem z powodu błąkania się po wyspie, spełniam Twoją chętkę na przysmaki islandzkie.


Na początek o skacie :)
Skata to płaszczka, całkiem ładna ryba. 
Islandczycy jedzą ją raz w roku - 23 grudnia.  Jest Dzień Św. Þorlákura (Þorláksmessa).
W święta nie jedzą oni ryb, poza tym wyjątkiem. Śmierdzącym wyjątkiem. 
Płaszczki łowią jesienią, i peklują. Słyszałam też, że zakopują. W każdym razie pod koniec listopada lub z początkiem grudnia zaczynają się ulatniać aromaty. Jeśli ktoś ma taką rybę w ogródku lub garażu to trudno koło takiego domu przejść. Tą zapeklowaną rybę pozostawia się bowiem do zgnicia. Przed świętami, jest ona gotowana w wodzie po jagnięcinie. Smród unoszący się w trakcie obróbki cieplnej wygania kucharza z domu na ogródek lub do garażu i każe gotować na sprzęcie turystycznym. 
Podaje się ją z ziemniakami, polaną skarkami i tłuszczem owczym.





 Nigdy nie miałam przyjemności skosztować tego rarytasu, za to miałam okazję go poczuć. Sklep polski w moim mieście znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie sklepu rybnego, więc drogę z parkingu do sklepu pokonujemy (przed świętami) biegiem. Poza tym 23 grudnia, to bardzo gorący czas w kwiaciarni. Jest to dzień gdy kwiaciarnie są otwarte dużo dłużej, gdyż klienci przychodzą po spóżnione stroiki, prezenty i proszą o ich pakowanie. Dla mnie jest to jeden z cięższych dni w pracy. Nie jest ciężki w związku z dużą ilością pracy. Ciężko, bo klientom tak przeokropnie śmierdzi z paszcz, że ciężko ustać za ladą. I nie ma znaczenia czy coś mówią czy nie. Poprostu śmierdzą i to przez wiele godzin.


cdn...








zdjęcia z netu

sobota, 10 lipca 2010

kilka tygodni temu na Wyspie :)

Kilka tygodni temu pojechaliśmy do miejsc dawniej zalanych lawą. I takie cuda znaleźliśmy. 
To był początek islandzkiego lata więc jeszcze szarości się pojawiają.











W środku lasu (lasku) jest grób




                                        


a tu, zdaje się, leży koń

drugi grób w sąsiedztwie konia i jego właścieciela


islandzka myśl przeciwpożarowa :)
dodam, że ta wiata jest ma dach z dziurą kominową, do palenia ogniska po środku
pewno jednak się bano, że w środku to się spalić może

na Islandii jest całokowity zakaz palenia ognisk, trzeba mieć zgodę straży pożarnej i należy im podać dokładny czas i miejsce gdzie będzie się paliło - no to chyba strach jest o islandzkie
lasy i bory ;)


Toaleta w środku lasku, obok wiaty ogniskowej.
Jak widać przystosowana dla inwalidów - strasznej głupawki tam dostałam :)



z toaletą czy bez, z ogniem czy bez.... piękna ta kraina jest
rym cym cym
:)







środa, 30 czerwca 2010

tak się działo jakiś...

miesiąc temu :)

zupełnie niespodziankowo, zostałam wpakowana w kostium nurka. Kolega z nurkowym wykształceniem mi asystował :)









a nurkowaliśmy o tu:







http://pl.wikipedia.org/wiki/Þingvallavatn

środa, 23 czerwca 2010

poniedziałek, 14 czerwca 2010

tadam zakończenie

Zgodnie z updejtejem nr dwa, ogłaszam koniec konkursu :)
Szanowny Pan Bareya proszony jest o podanie danych adresowych, i ewentualnie jeśli chiałby otrzymać broszkę innego koloru to upraszany jest podanie możliwych wariantów na jakie zapotrzebowanie wykazuje. Jednocześnie informuję, iż nie wykorzystam danych mi powierzonych do żadnych szpetnych planów.


:)


Eyjana bardzo mi się podoba i jedyne między czym się nadal wacham to art i list. Jako, że list pięknie i tak listowo brzmi ale nie wiem czy np.: na allegro nie będzie łatwiej wpadające w ucho jak i w stan rzeczy - art. Jeszcze pomyślę.

Tymczasem poproszę o zastosowanie się do prośby :)

czwartek, 10 czerwca 2010

konkurs tadam :)

Myślę i myślę, i się okazuje że mam z tym problem bo wymyślić nie mogę. Potrzebuję nazwy dla bloga kreatywnego. Chciałabym w nim pokazywać dzieła pracy twórczej, jakie wychądzą spod mej i NW ręki. :)
Czyli, że filcowanki, kolczyki, mydełka, korale, broszki i srebrne prace NW.
Tej samej nazwy chciałabym użyć na allegro i na islandzkim fejsbuku. Potrzebne więc coś "internazjonale" :)
I tu liczę na pomoc i kretywność, hih ale nie moją bo moja wysiadła.
Rozważałam wiele opcji ale wszytko mi jakoś wychodziło gówniano.

no i tak po islandzku sztuka to list, po angielskiemu to art....
ehhhh no nie wiem

wiem natomiast, że mam cukierasa do oddania za pomoc :)
cukieras to broszka
zdjęcia takie sobie niestety











updejt pisany jeszcze z pracy :)
podbijam stawke o mydelko filcowane widoczne na jednym ze zdjec


Updejt dwa. Kilka podpowiedzi całkiem ładnych mam. Myślę sobie, że trzeba jakiś czas zakończeniowy ustalić, więc czas na zdobycie broszki cudnej urody plus mydełka, jest do poniedziałkowego wieczora. Do 20tej czasu polskiego.
EyjanaArt, EyanaList. ListrA, Mine and his - wszystko to mi się podoba. A ma być jedno i dobre :)
Pomóżcie proszę :)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

trochę z powstałej nowej tradycji a trochę z przekory :)

Nowa tradycja, to jak pisałam w zeszłym roku, oglądanie eurowizji. Wpisywanie się w tubylcze zwyczaje, po swojemu jednak. Zamiast mega imprezy w kapelusikach i z promocyjną eurowizyjną pizzą, żeberka na kapuście kiszonej, jedzone paluchami i czerwone wino. No i trochę na przekór islandzkim reakcjom na tegorocznego zwycięzcę, cieszę się i o tym mówie. W radiu nie słyszałam ani razy zwycięskiej piosenki, a i koleżanki w pracy udają że eurokonkursu nie było. :) Nie dość, że Niemcy wygrały to Islandia na tak dalekiej pozycji. A moja piosenka, którą słyszałam raz przed koncertem i drugi w jego trakcie, zrobiła mi prezent i wygrała.

Typów miałam kilka. NW miał radochę z mojego obstawiania :)


typów kilka i niby brak wiary w "głosy ludu" ale po winie i żeberkach wysłałam smsa na Lenę :)



Francja.... no cóż :)




a to Islandzka piosenka :)



Mogę uczciwie stwierdzić, że tradycja już się utwierdziła. :)
NW mówi, że raz na rok wytrzyma ten typ muzyki. No ale Lena.... to wyjątek :)

piątek, 4 czerwca 2010

koniecznie zajrzyjcie :)

o tu

wiem, że to reklama jest. Reklama Islandii, ale jest świetna.

Nasze miasto dziś zostało przysypane popiołem z wulkanu. Momentami nic nie było widać a podłoga u mnie w kwiaciarni była jak lodowisko. Śliska z powodu pyłu, który osiadł na niej, a jest drobniutki jak puder. Wszystko jest przykryte dokładnie, nawet nie milimetrową warstwą wulkanicznego pudru. Moje płuca również. Podłoga w domu takoż. :)
Wszędzie ten pył wchodzi. Jak woda, Tylko, że jest upiornie suchy a w kontakcie z wilgocią zmienia się cementopodobny wyrób.

Polecam filmik. Jest króciutki, towaryszy mu rewelacyjna piosenka. Trzy razy już oglądałam i większość miejsc w nim pokazanych już znam :)

Pięknie tu u nas

:)

niedziela, 16 maja 2010

"zachowanie kota przed zdechnięciem"

szukałam czegoś na temat zastosowaniu rivanolu u kotów, bo Rude nawojnie było, znalazłam to:
"przed zdechnięciem kot jest ospały i szuka sobie jakiegoś kąta"
akurat jadłam szczawiówkę...


:D:D:D

niedziela, 11 kwietnia 2010

środa, 7 kwietnia 2010

żonkile

-Słuchaj, kupiłam tu przed Wielkanocą żonkile. I one jakieś dziwne są.

- ??? znaczy jakie? stare?

- Nie, dziwne. Wyglądają jak nie żonkile!

- To jak wyglądają?

- Bulwiasto!

- A to chyba żółte tulipany to były. (mamy takie pełne, bulwiaste właśnie)

- Nie, to były żonkile. O te, te tu żonkile. (wskazuje na tulipany w chłodni)


Po kilku minutach.....
-A to tu, to żonkile są?

-Tak.

-To poproszę.



Rozmowa w języku islandzkim. Moje partie po polsku brzmią bujnie podczas gdy w orginale dukam coś, ale sens jest taki właśnie :)

wtorek, 23 marca 2010

buch buch wybuch(ł)

Wulkan wybubuchł. Na lodowcu Eyjafjallajökull, po prawie 200 latach przerwy bucha wulkan.
O tym, że coś się dzieje dowiedziałam się "z Polski", bo forumowa koleżnaka zapytała o mruczenie wulkanu. Sprawdziłam. Mruczał faktycznie. Zapakowali się więc my i pojechali, zabierając po drodze jeszcze kilka osób. Jechaliśmy 200 km by dać się spisać policji, wysłuchać wykładu służb ratowniczych, obejrzeć po ciemku wąwóz z najstarszą jarzębiną na Islandii a na koniec wdrapać się o 3 nad ranem na górę i robić oczy wielkie jak spodki :). W odległości 10-15 kilometrów oglądaliśmy "erekcję". Wiało nieprzeciętnie, dlatego też i zdjęcia takie machnięte są. Wrażenia niezapomniane.

A tu jest artykuł kierowany do Polonii, hih czasem trzeba na głos czytać by zrozumieć o co cho.
http://visir.is/article/20100321/FRETTIR01/295441338









wtorek, 23 lutego 2010

ot się stało :)

Narcystycznie będzie. Bo i narcystycznie chyba myślałam, że wraz ze zmianą cyferki z przodu mego wieku, zmieni się coś jeszcze. Fakt, po przyjrzeniu się wczorajszym zdjęciom zrobionym na urodzinowym spacerze ujawniły się pognieciuchy na paszczy. Podejrzewam jednak, że one już tam wcześniej były a teraz to mi tylko język pokazały. No i nie zmieniło się nic poza rosnącymi rachunkami, podrożeniem paliwa i otrzymanymi prezentami. :)

A tam niżej to ja i znaleziona łódka :)




piątek, 15 stycznia 2010

Przejaśnia się nadal

Już trochę dłużej jest widno i trochę krócej ciemno. Ot odkrywczo się napisało.
Dziś jestem odkrywcza wielce. Okryłam, że Daisy pisze nie od wczoraj. Czyli że przegapiłam 4 (cztery) lata. Weszłam tu sobie dziś z zamiarem napisania o przejaśnianiu, a wsiąkłam w Daisowo. Przeczytałam ciurkiem jak leci aż o połowy 2009. miałam nawet chęć napisać zażalenie, że braki wykryłam w wątkach, ale poraz kolejny odkrywcza moc mnie dopadła, że prawa do zażaleń nie posiadam. W przełknięciu tego pomógł mi bimber z sokiem pomidorowym.

U nas nadal się przejaśnia. Jest trochę jaśniej :)

Choinka już sobie poszła, a raczej odskakała. Bo tu taki zwyczaj, że wszyscy choinki wywalają na ulicę a potem służby je sprzątają. My z NieWikingiem to jednak mamy polskość pod skórą bo choinkę wynieśliśmy pod osłoną nocy, coby nas nikt za zaśmiecanie nie złapał. NW ubrał się na czarno coby go widać nie było. Ja wystąpiłam w białej piżamie w niebieskie gwiazdki, czarnych nowych (hurrra) martensach, w kremowej kurtce letniego wypasu i czapie ruskiej. Jak mnie NW zobaczył to stwierdził, że na mózg mi coś poszkodziło i że nawet Tubylcy by paszcze rozdziawili na ten mój strój wyjściowy. Więc wyszliśmy połowicznie tajni, z ususzoną choinką w garści. Wiatr nas pchał (wiało z 50km na godz), szliśmy prawie biegiem, śmiejąc się, że powtarzamy ten sam numer co w zeszłym roku z tą róznicą, że tym razem ja mało tajnie się odziałam. Doszliśmy do miejsca porzucenia. NW podrzucił koleżankę choinkę a ona zamiast spaść i leżeć poleciałaaaaaaaa odbijając się co kilka metrów i dalej frrrruuuu. Trochę mi żal było drapaka a NW ... kwiczał. Po prostu kwiczał. Ze śmiechu. Tajność więc całkiem wzięła w łeb bo biegliśmy za tym podskakującym "drzewem", co chwilę łamiąc się w pół i machając paluchami i pokazując sobie nawzajem latające drzewko świąteczne. Za nami Rude cwałowało i japę darło jak tylko Rude potrafi, czyli jakby był najnieszczęśliwszym kotem pod słońcem. Przebiegliśmy takim korowodem jakieś 600 metrów, choinek skęcił na podwórko sąsiada i utknął. NieWiking wbrew moim ostrzegawczym sykom poszedł na pomoc już ogołoconej choince, ta znów poleciała przez ulicę, przez rondo i za wał przeciw wiatrowy. NW wracał znów w skłonie .... ja zgubiłam czapkę, znaczy wiatr mi porwał, NW kwiczał, ja goniłam czapkę, Rude się darło. Tajna akcja. Na dodatek porysowałam na schodach nowego martensa!

Przejaśnia się
:)