wtorek, 23 lutego 2010

ot się stało :)

Narcystycznie będzie. Bo i narcystycznie chyba myślałam, że wraz ze zmianą cyferki z przodu mego wieku, zmieni się coś jeszcze. Fakt, po przyjrzeniu się wczorajszym zdjęciom zrobionym na urodzinowym spacerze ujawniły się pognieciuchy na paszczy. Podejrzewam jednak, że one już tam wcześniej były a teraz to mi tylko język pokazały. No i nie zmieniło się nic poza rosnącymi rachunkami, podrożeniem paliwa i otrzymanymi prezentami. :)

A tam niżej to ja i znaleziona łódka :)




piątek, 15 stycznia 2010

Przejaśnia się nadal

Już trochę dłużej jest widno i trochę krócej ciemno. Ot odkrywczo się napisało.
Dziś jestem odkrywcza wielce. Okryłam, że Daisy pisze nie od wczoraj. Czyli że przegapiłam 4 (cztery) lata. Weszłam tu sobie dziś z zamiarem napisania o przejaśnianiu, a wsiąkłam w Daisowo. Przeczytałam ciurkiem jak leci aż o połowy 2009. miałam nawet chęć napisać zażalenie, że braki wykryłam w wątkach, ale poraz kolejny odkrywcza moc mnie dopadła, że prawa do zażaleń nie posiadam. W przełknięciu tego pomógł mi bimber z sokiem pomidorowym.

U nas nadal się przejaśnia. Jest trochę jaśniej :)

Choinka już sobie poszła, a raczej odskakała. Bo tu taki zwyczaj, że wszyscy choinki wywalają na ulicę a potem służby je sprzątają. My z NieWikingiem to jednak mamy polskość pod skórą bo choinkę wynieśliśmy pod osłoną nocy, coby nas nikt za zaśmiecanie nie złapał. NW ubrał się na czarno coby go widać nie było. Ja wystąpiłam w białej piżamie w niebieskie gwiazdki, czarnych nowych (hurrra) martensach, w kremowej kurtce letniego wypasu i czapie ruskiej. Jak mnie NW zobaczył to stwierdził, że na mózg mi coś poszkodziło i że nawet Tubylcy by paszcze rozdziawili na ten mój strój wyjściowy. Więc wyszliśmy połowicznie tajni, z ususzoną choinką w garści. Wiatr nas pchał (wiało z 50km na godz), szliśmy prawie biegiem, śmiejąc się, że powtarzamy ten sam numer co w zeszłym roku z tą róznicą, że tym razem ja mało tajnie się odziałam. Doszliśmy do miejsca porzucenia. NW podrzucił koleżankę choinkę a ona zamiast spaść i leżeć poleciałaaaaaaaa odbijając się co kilka metrów i dalej frrrruuuu. Trochę mi żal było drapaka a NW ... kwiczał. Po prostu kwiczał. Ze śmiechu. Tajność więc całkiem wzięła w łeb bo biegliśmy za tym podskakującym "drzewem", co chwilę łamiąc się w pół i machając paluchami i pokazując sobie nawzajem latające drzewko świąteczne. Za nami Rude cwałowało i japę darło jak tylko Rude potrafi, czyli jakby był najnieszczęśliwszym kotem pod słońcem. Przebiegliśmy takim korowodem jakieś 600 metrów, choinek skęcił na podwórko sąsiada i utknął. NieWiking wbrew moim ostrzegawczym sykom poszedł na pomoc już ogołoconej choince, ta znów poleciała przez ulicę, przez rondo i za wał przeciw wiatrowy. NW wracał znów w skłonie .... ja zgubiłam czapkę, znaczy wiatr mi porwał, NW kwiczał, ja goniłam czapkę, Rude się darło. Tajna akcja. Na dodatek porysowałam na schodach nowego martensa!

Przejaśnia się
:)

niedziela, 13 grudnia 2009

Przejaśnia się

Jest godzina 11:09 i zaczyna się przejaśniać. Za kilka godzin zacznie się ściemniać. Zima uciekła i jest około 10 stopni na plusie. PIsać mi się zupełnie nie chce ale chętnie pokaże co się działo na niebie kilka tygodni temu :)




czwartek, 26 listopada 2009

no i huk (hók, chuk, chók)

Miała być notka "ciąg dalszy" ale niestety zaraz po pierwszym, nastrój opadł to i wena opadła. Z serca wychodzi tylko w "momentach". No nic to, trudno się mówi.
Mam obawy blogowe, że "nie daj może" znajome Islandki śledzą mego bloga i sobie go tłumaczą w googlowym narzędziu. Powstrzymuje mnie to przed ulaniem, a to że googlowy tłumacz tłumaczy kiepsko to mnie nie pociesza bo jednak coś tłumaczy i można skumać. Musiałabym pisać slangiem, chyba.

No w każdym razie rzecz wygląda tak, że wnerwia mnie dużo rzeczy a wychodzi na to, że najbardziej wnerwia mnie to co się dzieje z powodu moich złych decyzji, albo złych reakcji, albo roztargnienia albo jeszcze innych wad ukrytych. Gwarancja na mnie się skończyła jakiś czas temu, więc nawet nie mam do kogo zażaleń pisać na taki bubel jak ja. Postanowiłam więc popracować nad osobowośią i szukam w necie, Ci ja Panie, o asertywności i takie tam. No i tylko wstępy są a potem to "kup książkę".

Chyba sobie bloga hasłowego utworze coby się wylać móć, ale nie chce mi się dwóch pilnować, poza tym na drugim tylko ulewałki by były......ehhhhh panie tego, tak źle i tak nie dobrze. A pan doktor dobrze prawił, jak na ból w szyi prozac zalecał.


Dla poprawy wyglądu notki się pochwalę, tym co z NieWikinkiem ukręciłam ostatnimi czasy.





















a na koniec mniam :)


sobota, 31 października 2009

cd...

so close no matter how far

na dziś tyle.

piątek, 30 października 2009

Hiena cmentarna

To ja.
Jestem dzieckiem "wychowanym na cmentarzu". Moi rodzice lat temu około trzydziestu wybudowali kwiaciarnię, tuż przy bramie głównej cmentarza w moim mieście. Ustrój wiadomo jaki był, więc i łatwo im nie było. Nie o tym jednak.

Na przeciwko "mojego" cmentarza jest park, który kiedyś za Niemca też był cmentarzem ale niewiele z niego pozostało, poza wielkim głazem, na którym literek już prawie nie można odczytać. I ja na ten głaz nosiłam kocyk, siadałam, układałam na nim kwiatki, opierając się o niego oglądałam niebo lub liczyłam polonezy przejeżdżające po drodze dzielącej park od cmentarza a mnie od kwiaciarni, w której była mama. Oczywiście liczenie polonezów było na wróżbę :)
Nie pamiętam mojego kocyka, który czekał na mnie w kwiaciarni, abym mogła spędzać czas na nim czekając na koniec maminej pracy, pamiętam za to klocki. Takie duże pudło, z dużmi plastikowymi, dmuchanymi klockami, romby były żółte. Można z nich było figury greometryczne układać albo kwiatki.
Pamiętam, że grabarze (obok dom pogrzebowy jest) czasem siadali ze mną na trawie i pomagali wymyślać nowe wzory. Pamiętam jednego grabarza, strasznego. Po latach okazał się faktycznie straszny, a po jego śmierci wiele osób przyszło na pogrzeb sprawdzić czy go napewno zakopano. Pamiętam śpiew płaczek i " dobry Jezu....", pamiętam zapach krzewów rosnących tuż przy kwiaciarni i tulipany, żonkile. Teraz już nie ma tego placyku obok, okolonego płotkiem z rurek. Teraz jeste konkurencyjna kwiaciarnia.

Pamiętam moją mamę ślęczącą z pędzelkiem w dłoni "malującą" szarfy, i pamiętam panią, która pociągiem nocnym z Częstochowy przyjeżdżała z dostawą kwiatów i piła u nas o 5 rano herbatę, bo zmarzła w pociągu na kość. Pamiętam też mojego tatę robiącego wiązanki z trzech goździków.

Pamiętam jeden z najpiękniejszych cmentarzy, który dano mi odwiedzać, razem z dziadkami, między innymi w dniu Wszystkich Świętych. Moi rodzice u nas w mieście w tych dniach pracowali sprzedając chryzantemy a ja trzymając za rękę raz dziadka raz babcię spacerowałam w morzu szeleszczących i pachnących liści. Spacer od grobu do grobu. Nie zawsze dziadek z nami był, bo pracował w systemie zmianowym i czasem bywało tak, że dołączał do nas dopiero na cmentarzu albo dopiero na kolacji. Gdy jechałyśmy z babcią same, to zawsze tramwajem z przesiadkami wśród naftalinowego tłumu. Potem przeciskałyśmy się do sprzedawców chryzantem i długo wybierałyśmy najładniejsze okazy, doprawadzając handlarzy do szału. Uzbrojone w donice szłyśmy z "urywającymi" się rękoma do pradziadków. Gdy natomiast dziadek był "wolny", to jako jedyny kierowca w naszej trójce, zawoził nas na akcje "znicz". Dojeżdżaliśmy gdzieś w sąsiedztwo cmentarza, nawet nie pod właściwą bramę bo niektórzy to miejsca chyba w nocy pilnowali, i ruszaliśmy marszem do grobów.
Dziadek też przemycał opowieści o zmarłych, których odwiedzaliśmy.
Spotykaliśmy przy grobie pradziadków babcine rodzeństwo, ich dzieci i wnuki. Potem ruszaliśmy do kolejnych grobów idąc już razem. Jak już wszyscy zmarzli a ja przypaliłam swój piękny, sztuczny, żółty kożuszek, gdy wszystkie chryzantemy były rozstawione a znicze zapalone to wracaliśmy do pradziadków zrobić śmieszną rzecz. Mianowicie schować duży znicz do szafki. Był on zawsze zapalany tylko na czas naszej wizyty na cmentarzu. Pomniejsze oczywiście zostawały zapalone ale ten duży i piękny to był jakby znakiem dla spóźnialskich, że my już byliśmy i poszliśmy do ....
Potem jechaliśmy często do babcinego brata, gdzie była prawdziwa ciocia, taka ciocia rumiana z kokiem z siwych włosów i z przerwą między zębami. U nich w domu pachniało trochę stęchlizną, naftaliną, krochmalem i boczkiem smażonym, tak domowo. Na rozgrzewkę po tym cmentarnym dniu, ciocia podawała pierogi i bigos, wujek polewał jakieś procenty a na segmencie stały ciasta i ciasteczka.
To jest jedno ze wspomnień pierwszolistopadowych. Te spacery z dziadkami powtarzały się przez kilka lat. Później przyszedł czas na tworzenie nowych wspomnień, ale o tym jutro lub pojutrze.


Nie mam niestety zdjęc z tych spotkań, ani siebie w żółtym kożuszku. Nie mam cioci rumianej...
Mam te dwa, na jednym moi piękni dziadkowie, na drugim również oni z moją malutką mamą.

Ten post pisany był w biegu w nagłym porywie serca :)






updejt

wygrzebałam jeszcze kilka fotek, a dokładnie oskubałam maminą galerię na nk.

Tu moja mamonka z ze swoją mamonką. Elegantki dwie, z tymże ta moje mamonka to bardziej łobuziara. Babcia pracowniczka Mody Polskiej modna być musiała :)



Tutaj również mamonek mój z piękną ciocią Hanią, z babcią swoją i mamą oraz z kuzynem.


Piękna Stasia :)


updejt taki wspomnieniowy :) z czasów kiedy mnie jeszcze nie było.

niedziela, 4 października 2009

zajęcia :)

To są moje "ostatniokilkutygodniowe" zajęcia.



Kwiatki w oknie to wystawa w mojej pracy i tak zwany festiwal gerbery, który został zorganizowany w związku ze świętem w moim mieście. Święto to odbywa się co roku we wrześniu. W tym roku już dziesiąty raz. w dosłownym tłumaczeniu można rzec, iż jest to Noc Świateł - Ljósanótt.

Na stronie Ljosanottu można poczytać w orginale :) http://www.ljosanott.is/Um-ljosanott/
Wujek google umie to przetłumaczyć :)
Zdjęcia tegoroczne są tu, klikać trzeba w NÆSTA MYND: http://www.ljosanott.is/Myndir/
Mały apdejt- zdjęcia są raczej nie z tego roku, bo w tym roku pogoda była deszczowa, na jednym zdjęciu też widać witrynę "mojej" kwiaciarni, i to nie jest tegoroczna wystawa :(.

Wypytywałam Islandczyków o co chodzi z tą Nocą Świateł, skąd się wzięła i po co? Dokładnie nikt nie umie wytłumaczyć, każdy też ma odrobinę co innego do powiedzenia na ten temat. Generalnie to chyba założenie było takie, by zrobić coś co rozrusza ekonomicznie i kulturalnie miasto. Ktoś wpadł na pomysł by podświetlić skalną ściane, która znajduje się w porcie. Pewnie stąd wzięła się nazwa. Wrzesień doskonale sprzyja doświetlaniu, ponieważ właśnie we wrześniu nie występują już jasne noce.
Od dziesięcu lat odbywa się więc ta impreza. W każdym możliwym miejscu miejscowi artyści (jest ich zaskakująco wielu) organizują wystawy, galerie i pokazy. Szanowni mieszkańcy przechadzają się po głównej ulicy i zaglądają to tu to tam, wszędzie popijając kawę, która stoi w termosach.
Na tych kilka dni moje miasteczko zmienia się w tętniące życiem centrum handlowo-kulturowe. Do okolicznych wiosek zjeżdżają sie wozy kempingowe z całego kraju, na placach rozstawiają się budki z jedzeniem, z kawą, z jarmarcznymi pierścionkami również. W pobliżu portu odbywają się koncerty. W tym roku wystąpiła nawet wielka islandzka gwiazda - Páll Óskar, odśpiewując całe trzy piosenki.
Tu można podziwiać Palla:
http://www.youtube.com/watch?v=30jW4aSdjiA&hl=pl


U mnie w pracy postawiono mi za zadanie wymyślić coś co przyciągnie uwagę i zaskoczy. NIe wiem na ile niezwykle wyszło, ale powiesiłam w oknie, z pomocą NieWikinga, 146 szklanych fiolek, sprowadzanych z Anglii (bo tu nie ma), a w te fiolki włożyłam kwiaty prosto od ogrodnika. W kwiaciarni był ustawiony stół i na nim również znajdowały się gerbery, każda gerbera miała identifikator, czyli info o tym jak się nazywa. Klienci wybierali najładniejszą a my potem wylosowaliśmy szczęśliwca, który otrzymał bukiet z wygranego gatunku.

Ściany zostały zajęte przez obrazy pewnej miejscowej malarki. Możecie obejrzeć jej sztukę tu:
http://gullyh.myphotoalbum.com/view_album.php?set_albumName=album01


Na koniec Nocy Swiateł były oczywiście fajerwerki :)


To już nasze trzecie Ljosanott, czas sobie żarty robi i lata na dopalaczu.








Moje własnoręcznie ufilcowane butki :)
Dzięki NieWikingowi nie poszły w kosz. Zgodnie z zaleceniem na rosyjskiej stronie, wzięłam zapas rozmiarowy. Wełna filcując się kurczy, więc jakiś margines mieć trzeba. Niestety jestem rocznikiem, który nie załapał się na lekcje rosyjskiego i improwizowałam posługując się instruktażowymi zdjęciami. Efekt był taki, że butki nadawały się na trolla giganta ale NW je uratowal i filcował zarówno na sucho i jak i na mokro, nadał im kształt kaputków a nie kajaków. Więc własnoręcznie było tak naprawdę "współnoręcznie".






Tu jest NieWikingowe pierwsze w życiu dekupażowanie :)





Brownie z twarożkiem i grzybobranie :)











Fragment pierwszego ficlowanego szalika (w sumie to taka stójka wyszła :D ) dla mojej mamy.
Dalej produkcja kolczykowa.