Powinno być jednego dnia... a ja nie wiedziałam i nie wywiązałam się z wezwania do tablicy. Mimo, że już "po ptokach" to zanim napiszę jakąś notkę postanowiłam spełnić to zobowiązanie. Postanowiłam w zeszłym tygodniu ale bloggermiał focha i nie mogłam wrzucać linków.Nawet NieWiking nie był w stanie dopomóc. Dziś nie wiem czy się da ale trudno, najwyżej będzie z nieaktywnymi linkami.
Jakiś czas temu w tym miejsu tu: http://pisaninaprzykawie.blogspot.com/2009/08/zaancuchoway-mnie-czyli-blog-day-2009.html nazwano mnie ukochaną zamorską wiedźmą :):) za co ogromnie dziękuję. Wiąże się to z Dniem Bloga. Ponieważ i tak jest po czasie to nie będę się trzymać zasad i zrobię to po swojemu.
Nie do końca wiem dlaczego zaczęłam pisać bloga (bazgrać byłoby lepszym określeniem). Pewnie wiąże się to ze spadkiem mej aktywności na pewnym forum, pewnie trochę z faktem, że nie podobają mi się chamskie odzywki na różnych forach i stronach i moja bezsilność na buractwo (do buraka jako warzywa nic nie mam poza tym, że chętnie spożywam), trochę też chciałabym się podzielić ciekawostkami o mojej wyspie.
Blogi, które polecam to wszystkie z mojej listy ale 5 konkretnych to:
Zacisze wyśnione http://zacisze-wysnione.blogspot.com - za ciepło i ciekawość życia :)
Zastępczość http://kompensacja.blogspot.com/ - za całokształt i za takie tam. :)
W kątku z książką http://silene-acaulis.blogspot.com/ - za kątek :)
Kuchnia nad Atlantykiem http://www.kuchnianadatlantykiem.com/ sprawdźcie sami :)
White Plate http://whiteplate.blogspot.com/
za miłość do czekolady i za czar.
Widzę, że w sprawie linków aktywnych nadal jestem z bloggerem na etapie nie lubienia się. Pewnie ja Blondynek coś chrzanię
sobota, 12 września 2009
niedziela, 30 sierpnia 2009
tadam :)
Tak jak obiecałam losowanie odbyło się. Przyznaję, że nie wczoraj a dziś. Dziękuję za zainteresowanie owacami naszej początkującej twórczości :D
Coby było bez wpływów z mej strony, karteczkę i mydełko losował NieWiking.
Dokumentacja wygląda następująco:





Postanowiłam wylosowanemu mydełku dołożyć trochę "uśmiechu" - mam nadzieję, że nowej właściecielce się spodoba.
Mydełko plus niespodzianka poleci do Polski niebawem.

apdejt :)
wpisałam się u Barbaratoja po serwetke :) http://brbaratoja.blog.onet.pl/2,ID390079792,SL390336801,index.html
Coby było bez wpływów z mej strony, karteczkę i mydełko losował NieWiking.
Dokumentacja wygląda następująco:
Postanowiłam wylosowanemu mydełku dołożyć trochę "uśmiechu" - mam nadzieję, że nowej właściecielce się spodoba.
Mydełko plus niespodzianka poleci do Polski niebawem.
apdejt :)
wpisałam się u Barbaratoja po serwetke :) http://brbaratoja.blog.onet.pl/2,ID390079792,SL390336801,index.html
sobota, 22 sierpnia 2009
manko?
Motel z restauracją nad jednym z jezior w województwie zachodniopomorskim. Za kontuarem ja. Zgodnie z wykształceniem hotelarskim pracuję w "branży turystycznej", jako recepcjonistka i kelnerka zarazem. Praca ciężka, zmianowa po dwanaście godzin. Wesela, komunie i stypy plus goście przejezdni. Akurat jest lato. Cztery dni przed moim małym ślubem. Jestem na zmianie z panią o "indiańskiej urodzie" (lat ok 35 i warkoczyki jak u Pocahontas), w sumie miła Pani poza paroma szczegółami, które w tej chwili mało ważne są. Pracujemy sobie, pracujemy. Jakieś wycieczki niemieckie na pseudo krakowską z grilla wpadają, jakieś obiadki abonamentowe dla "domkowiczów"...
Przyjeżdża Pan z Panią na obiadek. Przy kasie zamawiają jedzonko, siadają na dworzu. Za jakiś czas konsumują.
W międzyczasie jest sporo klientów, polerowanie szkła na wesele, dmuchanie balonów.... I nagle Pocahontas pyta: czy ten od obiadku zapłacił? yyyyyyyy!! Chyba .... nie wiem... napewno NIE!! W głowie przewala mi się tysiąc myśli a w tym jedna podstawowa, że znowu będziemy oddawać pieniądze za jakieś braki. O nie! No to jako, że ja rączą łanią być mogę, rzucam się galopem na plażę, pamiętając, że o niej właśnie klient obiadkowy wspominał jak i o odwiedzeniu znajomych ratowników. Biegnę więc w służbowym ubranku: spódniczka czarna, biała bluzka i sweterek czarny. Biegnę po plaży minimalnie tekstylnej. Biegnę jakieś pięćset metrów, wypatrując budki ratowniczej. Dopadam jej, po drodze pozbywając się sweterka, a tuż przed samą budką rozważając zdjęcie bluzki. Powstrzymuję się z bluzką, choć nie wiem czemu, bo "panowie" ratownicy w wieku jakiś lat osiemnastu występują tylko w czerwonych bokserkach. No cóż, ich obowiązuje inny strój służbowy. Trudno się mówi. Więc z jęzorem na wierzchu z powodu upału, biegu i innych takich, tłumaczę panom ratownikom kogo szukam i dlaczego. Panowie się przejmują mocno. Stwierdzają, że trza łapać złodzieja i że na pewno u głównego ratownika skoro miał ratowników odwiedzać. No to biegniemy. Dwóch opalonych, dobrze zbudowanych osiemnastolatków w czerwonych gaciach a między nimi ja w spódniczce, rajstopkach i bluzeczce białej. Biegniemy mijając półnagie, opalające się ciała i dziwimy się co to za ludzie dziś obiad zamawiają a nie płacą po skonsumowaniu. Pędzimy przez jakieś kolejne pół kilometra aż dopadamy do wypożyczalni sprzętów wodnych, budki ratowniczej i zacumowanej łódki z najedzonym konsumentem. Konsument siedzi rozpostarty w napewno nieswojej łódce i trzyma w jednym łapsku piwo. Panowie ratownicy puszczają pod nosem z niedowierzaniem: "o żesz kurrwa!", ja im daję znak uspokający, że dajemy panu szansę, zanim go Ci w spodenkach wyciągną z tej łódki. Spodenkowi chwilowo odpuszczają, a ja pełna negatywnych odczuć do Pana Konsumenta wykrzykuję: "wyskakuj z tej łodki płać za obiad zanim wezwę policję!!". Konsument wyskuje jak oparzony i mówi: "spokojnie, spokojnie...... a to ja nie zapłaciłem?!". "Ano nie zapłaciłeś, rachunek wynosił 26 złotych, płać!". Konsument wyciąga portfel i daje 30zł, przepraszając i kajając się niemożebnie. Czerwone majtki w międzyczasie wykonują ruchy jakby chcieli konsumenta nauczyć kultury i uczciwości. Konsument cały w przepraszaniach, że mnie się nawet robi trochę głupio. Generalnie jestem jednak zadowolona z akcji ratunkowej własnego portfela.
Wracam już pomału, po drodze dziekuję majtkowym i żegnam się z nimi niechętnie. Dochodzę do motelu w chwale obrońcy prawa, dzierżąc w ręce całe 30 złotych polskich. Pocahontas bije brawo i kucharze też.
Do końca zmiany jeszcze zostało parę godzin. Pracuję w glorii i chwale. Obsługuję klientów, wydaję obiady i klucze do pokoi.... nagle wchodzi "mój" konsument ze swoją Panią. W moim (pół)mózgu staje obraz jak malowany: konsument zamawia jedzonko, PŁACI i pyta czy może skonsumować na dworzu. Konsekwencji nie wspomnę poza łzami jakie mnie zalały zanim facet się upomniał o zwrot kasy i poza tym, ze wrócił kilka dni później, tym razem sam, i prosił aby obiad podała ścigająca kelnerka. :)
apdejt :) połasiłam się na :

a łaszę się tu: http://tworczula.blogspot.com/
Przyjeżdża Pan z Panią na obiadek. Przy kasie zamawiają jedzonko, siadają na dworzu. Za jakiś czas konsumują.
W międzyczasie jest sporo klientów, polerowanie szkła na wesele, dmuchanie balonów.... I nagle Pocahontas pyta: czy ten od obiadku zapłacił? yyyyyyyy!! Chyba .... nie wiem... napewno NIE!! W głowie przewala mi się tysiąc myśli a w tym jedna podstawowa, że znowu będziemy oddawać pieniądze za jakieś braki. O nie! No to jako, że ja rączą łanią być mogę, rzucam się galopem na plażę, pamiętając, że o niej właśnie klient obiadkowy wspominał jak i o odwiedzeniu znajomych ratowników. Biegnę więc w służbowym ubranku: spódniczka czarna, biała bluzka i sweterek czarny. Biegnę po plaży minimalnie tekstylnej. Biegnę jakieś pięćset metrów, wypatrując budki ratowniczej. Dopadam jej, po drodze pozbywając się sweterka, a tuż przed samą budką rozważając zdjęcie bluzki. Powstrzymuję się z bluzką, choć nie wiem czemu, bo "panowie" ratownicy w wieku jakiś lat osiemnastu występują tylko w czerwonych bokserkach. No cóż, ich obowiązuje inny strój służbowy. Trudno się mówi. Więc z jęzorem na wierzchu z powodu upału, biegu i innych takich, tłumaczę panom ratownikom kogo szukam i dlaczego. Panowie się przejmują mocno. Stwierdzają, że trza łapać złodzieja i że na pewno u głównego ratownika skoro miał ratowników odwiedzać. No to biegniemy. Dwóch opalonych, dobrze zbudowanych osiemnastolatków w czerwonych gaciach a między nimi ja w spódniczce, rajstopkach i bluzeczce białej. Biegniemy mijając półnagie, opalające się ciała i dziwimy się co to za ludzie dziś obiad zamawiają a nie płacą po skonsumowaniu. Pędzimy przez jakieś kolejne pół kilometra aż dopadamy do wypożyczalni sprzętów wodnych, budki ratowniczej i zacumowanej łódki z najedzonym konsumentem. Konsument siedzi rozpostarty w napewno nieswojej łódce i trzyma w jednym łapsku piwo. Panowie ratownicy puszczają pod nosem z niedowierzaniem: "o żesz kurrwa!", ja im daję znak uspokający, że dajemy panu szansę, zanim go Ci w spodenkach wyciągną z tej łódki. Spodenkowi chwilowo odpuszczają, a ja pełna negatywnych odczuć do Pana Konsumenta wykrzykuję: "wyskakuj z tej łodki płać za obiad zanim wezwę policję!!". Konsument wyskuje jak oparzony i mówi: "spokojnie, spokojnie...... a to ja nie zapłaciłem?!". "Ano nie zapłaciłeś, rachunek wynosił 26 złotych, płać!". Konsument wyciąga portfel i daje 30zł, przepraszając i kajając się niemożebnie. Czerwone majtki w międzyczasie wykonują ruchy jakby chcieli konsumenta nauczyć kultury i uczciwości. Konsument cały w przepraszaniach, że mnie się nawet robi trochę głupio. Generalnie jestem jednak zadowolona z akcji ratunkowej własnego portfela.
Wracam już pomału, po drodze dziekuję majtkowym i żegnam się z nimi niechętnie. Dochodzę do motelu w chwale obrońcy prawa, dzierżąc w ręce całe 30 złotych polskich. Pocahontas bije brawo i kucharze też.
Do końca zmiany jeszcze zostało parę godzin. Pracuję w glorii i chwale. Obsługuję klientów, wydaję obiady i klucze do pokoi.... nagle wchodzi "mój" konsument ze swoją Panią. W moim (pół)mózgu staje obraz jak malowany: konsument zamawia jedzonko, PŁACI i pyta czy może skonsumować na dworzu. Konsekwencji nie wspomnę poza łzami jakie mnie zalały zanim facet się upomniał o zwrot kasy i poza tym, ze wrócił kilka dni później, tym razem sam, i prosił aby obiad podała ścigająca kelnerka. :)
apdejt :) połasiłam się na :

a łaszę się tu: http://tworczula.blogspot.com/
piątek, 21 sierpnia 2009
filc, tzw. candy, owce, góry i Islandia
ot, taki sobie smile

wełny

góra

jak wełniana czesanka :)

ufilcowana? na zielono? :)

droga... :)

jedna z wielu przepraw w drodze do pięknego miejsca

"wylał się" lodowiec :)

Ostatnio jako zaprocowany żuczek mam mało czasu. Znalazł się jednak mały "chwilek" na wypróbowanie nowego hobby. Pofilcowaliśmy sobie z NieWikingiem różne śmieszności. Głownie były to mydełka ale również korale, kolczyki, kot, owca. wszystko to jednak jest w fazie eksperymetalnej :) Natomiast, mydełka, znaczy jedno mydełko plus niespodzianka to tzw. candy. Modne ostatnio na wielu blogach. Nie jestem modna, ale pomysł podoba mi się przednio. W tym przypadku nic nie trzeba oprócz komentarza, czyli powiadomienia mnie, ze się mydełka pragnie. Wylosuję nowego właścieciela mydełka w przyszłą sobotę.

wełny

góra

jak wełniana czesanka :)

ufilcowana? na zielono? :)

droga... :)

jedna z wielu przepraw w drodze do pięknego miejsca

"wylał się" lodowiec :)

Ostatnio jako zaprocowany żuczek mam mało czasu. Znalazł się jednak mały "chwilek" na wypróbowanie nowego hobby. Pofilcowaliśmy sobie z NieWikingiem różne śmieszności. Głownie były to mydełka ale również korale, kolczyki, kot, owca. wszystko to jednak jest w fazie eksperymetalnej :) Natomiast, mydełka, znaczy jedno mydełko plus niespodzianka to tzw. candy. Modne ostatnio na wielu blogach. Nie jestem modna, ale pomysł podoba mi się przednio. W tym przypadku nic nie trzeba oprócz komentarza, czyli powiadomienia mnie, ze się mydełka pragnie. Wylosuję nowego właścieciela mydełka w przyszłą sobotę.
niedziela, 26 lipca 2009
Hrísgrjónaréttur czyli ryż mojej islandzkiej szefowej
Składniki
szklanka ryżu
1-2 papryki (kolorowe)
3 łyżki curry
300 gr majonezu
kurczak cały z grilla lub 3-4 piersi usmażone (upieczone...)
SOS:
3-4 łyżki miodu
250 gr majonezu
4 łyżki słodkiej musztardy (ja z braku słodkiej dodałam ostrą)
chleb tostowy
Wykonanie:
Ryż gotujemy według instrukcji na opakowaniu. Ja gotuje zawsze od zimnej wody na dużym ogniu, a jak zaczyna wrzeć to zmniejszam temperature i przykrywam.
Mięso z kurczaka pokroić w kostkę, paprykę również.
W miseczce wymieszać majonez z curry i dodać do pokrojonego kurczaka i papryki, wmieszać ugotowany ryż (nie trzeba go specjalnie studzic).
Składniki sosu połączyć.
Chleb tostowy "zgrzankować" w tosterze lub piekarniku.
Na chleb nakładać ryż i polewać sosem.
Smacznego
Danie w tej chwili jest już typowo islandzkim, choć korzenie ma podobno skąd indziej.
Dużo majonezu i połączenie chleba z ryżem nie każdemu do gustu trafi, podobnie jak musztarda z miodem. Nam posmakowało :)
Wariacji tej potrawy jest wiele, jednak bazą pozostaje ryż i sos. Kurczaka można wymieniać na krewetki lub szynkę, lub w wersji bezmmięsnej na fasolę. Można dodawać pieczarki, kukurydzę, ogórka....
Islandczycy również dodają AROMAT w Polsce odpowiednikiem jest chyba DELIKAT - można się obejść bez tego.



przepi wrzuciłam również na WŻ :)
szklanka ryżu
1-2 papryki (kolorowe)
3 łyżki curry
300 gr majonezu
kurczak cały z grilla lub 3-4 piersi usmażone (upieczone...)
SOS:
3-4 łyżki miodu
250 gr majonezu
4 łyżki słodkiej musztardy (ja z braku słodkiej dodałam ostrą)
chleb tostowy
Wykonanie:
Ryż gotujemy według instrukcji na opakowaniu. Ja gotuje zawsze od zimnej wody na dużym ogniu, a jak zaczyna wrzeć to zmniejszam temperature i przykrywam.
Mięso z kurczaka pokroić w kostkę, paprykę również.
W miseczce wymieszać majonez z curry i dodać do pokrojonego kurczaka i papryki, wmieszać ugotowany ryż (nie trzeba go specjalnie studzic).
Składniki sosu połączyć.
Chleb tostowy "zgrzankować" w tosterze lub piekarniku.
Na chleb nakładać ryż i polewać sosem.
Smacznego
Danie w tej chwili jest już typowo islandzkim, choć korzenie ma podobno skąd indziej.
Dużo majonezu i połączenie chleba z ryżem nie każdemu do gustu trafi, podobnie jak musztarda z miodem. Nam posmakowało :)
Wariacji tej potrawy jest wiele, jednak bazą pozostaje ryż i sos. Kurczaka można wymieniać na krewetki lub szynkę, lub w wersji bezmmięsnej na fasolę. Można dodawać pieczarki, kukurydzę, ogórka....
Islandczycy również dodają AROMAT w Polsce odpowiednikiem jest chyba DELIKAT - można się obejść bez tego.



przepi wrzuciłam również na WŻ :)
środa, 8 lipca 2009
Magnus :)
To jest Warzywny Friend a nie Magnus :) ale pokazac musialam. Ta pani obok to nie ja :)

To juz jest Magnus. Powrocil do pracy i pelni swa role jak nalezy. Zdjecia "klatkowe" gdyz ja gargulca nie wyciagam, tym bardziej ze ostatnio ma focha i klapie dziobem. W sumie sie mu nie dziwie.
Ladna cholera i gada jak najety.
Bardzo nie chce aby robic mu zdjecia. Uciekal przed obiektywem i krzyczal na mnie

A tu wycieczka z wizyta do Magnusa.

Ptaszor w roznym pozach :)



Kawalek mojego miejsca pracy.

Islandzka ozdoba w ogrodku.


To juz jest Magnus. Powrocil do pracy i pelni swa role jak nalezy. Zdjecia "klatkowe" gdyz ja gargulca nie wyciagam, tym bardziej ze ostatnio ma focha i klapie dziobem. W sumie sie mu nie dziwie.
Ladna cholera i gada jak najety.
Bardzo nie chce aby robic mu zdjecia. Uciekal przed obiektywem i krzyczal na mnie

A tu wycieczka z wizyta do Magnusa.

Ptaszor w roznym pozach :)



Kawalek mojego miejsca pracy.

Islandzka ozdoba w ogrodku.

czwartek, 2 lipca 2009
o kubeczku
wspominalam czas jakis temu u pewnej blogowej kolezanki. Mialam wspomniec troche wiecej.
Z tego co co zdazylam pogrzebac na forach to temat kubeczka jest mocno kontrowersyjny i wbudza skrajne emocje.
O kubeczku dowiedzialam sie okolo 2-3 miesiace temu od mojej szefowej. Zdziwilam sie bardzo i zaraz po powrocie do domu przeszukalam net. No i mam juz swoj wlasny i..... polecam.
A cala rzecz dotyczy tego oto
Z tego co co zdazylam pogrzebac na forach to temat kubeczka jest mocno kontrowersyjny i wbudza skrajne emocje.
O kubeczku dowiedzialam sie okolo 2-3 miesiace temu od mojej szefowej. Zdziwilam sie bardzo i zaraz po powrocie do domu przeszukalam net. No i mam juz swoj wlasny i..... polecam.
A cala rzecz dotyczy tego oto
Subskrybuj:
Posty (Atom)