Stúfur, trzeci z braci. Krótki lub Przysadzistek. Dzieci go lubią bardziej niż innych trollowych chłopaków ze względu na to, że jest niewielki. Nie znaczy to jednak, że wcale nie broi. Bo owszem broi. Kradnie patelnie i zeskrobuje z nich to co się mocno przysmażyło. Podobno gotów jest zwalić z patelni główną potrawę po to by dostać się do przypalonych jej fragmentów. Po skończonym wyskrobywaniu patelni porzuca ją byle gdzie.
niedziela, 16 grudnia 2012
środa, 12 grudnia 2012
Giljagaur 12/13 grudnia
Kolejny "mlekofan"! Przychodzi na 12 dni przed Bożym Narodzeniem.
Giljagaur - Prostaczek lub Naiwniak. Kocha piankę z krowiego mleka. Niczym Ninja skrada się do obory z nadzieją, że tam czeka wiadro ze świeżym mlekiem. Rzadko czeka. Podobnie jak jego starszy brat podkrada je więc z domów, w których mieszkają niegrzeczne dzieci.
Mówią, że jest najsilniejszy z całego rodzeństwa i że nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Z tego powodu zdarza mu się z rozpędu wybić dziurę w ścianie lub wyrwać drzwi z zawiasów.
Giljagaur - Prostaczek lub Naiwniak. Kocha piankę z krowiego mleka. Niczym Ninja skrada się do obory z nadzieją, że tam czeka wiadro ze świeżym mlekiem. Rzadko czeka. Podobnie jak jego starszy brat podkrada je więc z domów, w których mieszkają niegrzeczne dzieci.
Mówią, że jest najsilniejszy z całego rodzeństwa i że nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Z tego powodu zdarza mu się z rozpędu wybić dziurę w ścianie lub wyrwać drzwi z zawiasów.
Pilnujcie się :)
Ciekawe kto dostanie kartofla ;)
Stekkjastaur 11/12 grudnia
Stekkjastaur
Stekkjastaur czyli Kij od owiec lub Szywnonogi.
Podobno, dzieckiem będąc, wpadł do przerębla. Teraz ma sztywne nogi, które nie pozwalają mu dogonić owcy. A chciałby owcę złapać by ją wydoić bo przepada za owczym mlekiem. W związku z tym zdarza mu się podkradać mleko w domach gdzie są niegrzeczne dzieci.
Sztywnonogi jest najstarszy ze swych braci.
Trollowe dzieci to tutejsi Mikołaje. Ten właściwy ma tu za daleko :)
Niegrzecznym dzieciom przynoszą ziemniaki .
Hiacynty w świątecznej odsłonie :)
wtorek, 11 grudnia 2012
Magicznie
Pachnie magicznie. A tak zwyczajnie.
Przedwczoraj przypalonym piernikiem.
Dziś smażoną kapustą z grzybami na farsz i farszem grzybowym na uszka.
Aż nie chce mi się wyjść do pracy. Pójdę, bo tam też pachnie magicznie. Sosną, jodłą, tują.
Wrócę do domu otrzepując się, jak codzień ostatnio, z brokatu.
:)
Tak, tak. Kapucha jest magiczna :)
Przedwczoraj przypalonym piernikiem.
Dziś smażoną kapustą z grzybami na farsz i farszem grzybowym na uszka.
Aż nie chce mi się wyjść do pracy. Pójdę, bo tam też pachnie magicznie. Sosną, jodłą, tują.
Wrócę do domu otrzepując się, jak codzień ostatnio, z brokatu.
:)
Tak, tak. Kapucha jest magiczna :)
środa, 14 listopada 2012
Obiecana cebula
Jakiś czas temu obiecałam Agik, że powiem co to "cebula po włosku".
Czy ona faktycznie jest po włosku to nie mam pewności. Inspirowana włoskimi klimatami jest na pewno.
NieWiking zasłuchał się ostatnio. Słuchał audiobuka "Pod słońcem Toskanii". Według jego opisów to oni tam smaczne rzeczy jedzą i dobre wina piją. W związku z tym u nas w domu nastał czas na toskańskie wina i cebulę.
W książce powiedziano jedynie, że duszona cebula z oliwą z oliwek i octem winnym plus parmezan.Szukaliśmy przepisu, bez skutku. Postanowiliśmy więc improwizować. Dużą ilość cebuli dusiliśmy w bardzo dużej ilości dobrej oliwy z oliwek, z odrobiną brązowego cukru i soli. Trwało to około godziny. Pod koniec dodaliśmy kieliszek czerwonego octu winnego. Potem cebula wylądowała na bułkach i została przykryta parmezanem i zapieczona. Do tego czerwone wino i naprawdę fajna kolacja gotowa.
Jest to moje danie na tę jesień i zimę. Powtórzyliśmy je już kilka razy. Za każdym razem smakuje mi rewelacyjnie. Fantastycznie rozgrzewa i nawet mam wrażenie, że ta cebula uratowała mnie przed pączkującym przeziębieniem.
Czy ona faktycznie jest po włosku to nie mam pewności. Inspirowana włoskimi klimatami jest na pewno.
NieWiking zasłuchał się ostatnio. Słuchał audiobuka "Pod słońcem Toskanii". Według jego opisów to oni tam smaczne rzeczy jedzą i dobre wina piją. W związku z tym u nas w domu nastał czas na toskańskie wina i cebulę.
W książce powiedziano jedynie, że duszona cebula z oliwą z oliwek i octem winnym plus parmezan.Szukaliśmy przepisu, bez skutku. Postanowiliśmy więc improwizować. Dużą ilość cebuli dusiliśmy w bardzo dużej ilości dobrej oliwy z oliwek, z odrobiną brązowego cukru i soli. Trwało to około godziny. Pod koniec dodaliśmy kieliszek czerwonego octu winnego. Potem cebula wylądowała na bułkach i została przykryta parmezanem i zapieczona. Do tego czerwone wino i naprawdę fajna kolacja gotowa.
Jest to moje danie na tę jesień i zimę. Powtórzyliśmy je już kilka razy. Za każdym razem smakuje mi rewelacyjnie. Fantastycznie rozgrzewa i nawet mam wrażenie, że ta cebula uratowała mnie przed pączkującym przeziębieniem.
W bonusie chlebek pita i "kawior" z bakłażana.
Też świetny.
I jeszcze zeszłoroczna dynia :)
sobota, 3 listopada 2012
czwartek, 1 listopada 2012
Pamiętam
Miałam żółty kożuszek. Taki śmieszny, sztuczny. Wyglądałam jak puchata żółta kaczuszka. Stałam z ukochanymi dziadkami nad grobami rodziców babci. Z nami stało wiele innych osób z rodziny.
A te znicze tak ładnie sie paliły.
Prawdziwe znicze, gipsowe. Bez wieczek. Białe z czerwonym woskiem.
Tak ładnie się paliły.
Trzeba było przyjrzeć się bliżej.
Potrząsnąć, odpalić za pomocą igły sosnowej kolejny znicz.
No i coby było milej, żółty kożuszek, ku ogólnemu, wielkiemu zdziwieniu (bo nikt sie tego po mnie nie spodziewał) się zajarał :)
Kaczuszka ze zwęglonylm rękawkiem. ;)
To było prawie 30 lat temu.
Dziś większość świadków mego żółtego upokorzenia nie żyje.
Nie żyją też moi dziadkowie.
Nie zapalę znicza na ich grobie, nie podpalę kożuszka. Od ich grobu dzieli mnie ponad 2500km a kożuszka nie mam.
Pamiętam jednak o nich, zawsze. Sięgając po cukier z radzieckiej cukierniczki, wygrzebując coś ze słoika za pomocą babcinej łyżki, niosąc herbatę na śmiesznej tacy, podając śledzie na śledziowym półmisku, robiąc uszka, jedząc gołąbki, sięgając po nici z plastikowego pudełka, rozwiązując krzyżówkę, szykując prowiant na drogę, licząc w głowie, oglądając animal planet...
A te znicze tak ładnie sie paliły.
Prawdziwe znicze, gipsowe. Bez wieczek. Białe z czerwonym woskiem.
Tak ładnie się paliły.
Trzeba było przyjrzeć się bliżej.
Potrząsnąć, odpalić za pomocą igły sosnowej kolejny znicz.
No i coby było milej, żółty kożuszek, ku ogólnemu, wielkiemu zdziwieniu (bo nikt sie tego po mnie nie spodziewał) się zajarał :)
Kaczuszka ze zwęglonylm rękawkiem. ;)
To było prawie 30 lat temu.
Dziś większość świadków mego żółtego upokorzenia nie żyje.
Nie żyją też moi dziadkowie.
Nie zapalę znicza na ich grobie, nie podpalę kożuszka. Od ich grobu dzieli mnie ponad 2500km a kożuszka nie mam.
Pamiętam jednak o nich, zawsze. Sięgając po cukier z radzieckiej cukierniczki, wygrzebując coś ze słoika za pomocą babcinej łyżki, niosąc herbatę na śmiesznej tacy, podając śledzie na śledziowym półmisku, robiąc uszka, jedząc gołąbki, sięgając po nici z plastikowego pudełka, rozwiązując krzyżówkę, szykując prowiant na drogę, licząc w głowie, oglądając animal planet...
Piękni
Jest wiele osób mieszkających w mojej pamięci. Śpią w niej, czasem się budzą. Wszystkim im dziś zapalę świecę.
A dynię, pomarańczową dynię zapalę dla pięknej duszą i ciałem, zadziornej, walecznej, ciętej i od kilku dni nieżyjącej Joanny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




