Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasem śmieszno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasem śmieszno. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2011

inspired by Iceland

 Zapraszam na wycieczkę po Islandii :)
"Ulotki reklamowe" z przymróżeniem oka znajdują się poniżej. Z lekkim przymrużeniem.











:):):)




Przymróżenie oka jest naprawdę lekkie 
:)

sobota, 22 sierpnia 2009

manko?

Motel z restauracją nad jednym z jezior w województwie zachodniopomorskim. Za kontuarem ja. Zgodnie z wykształceniem hotelarskim pracuję w "branży turystycznej", jako recepcjonistka i kelnerka zarazem. Praca ciężka, zmianowa po dwanaście godzin. Wesela, komunie i stypy plus goście przejezdni. Akurat jest lato. Cztery dni przed moim małym ślubem. Jestem na zmianie z panią o "indiańskiej urodzie" (lat ok 35 i warkoczyki jak u Pocahontas), w sumie miła Pani poza paroma szczegółami, które w tej chwili mało ważne są. Pracujemy sobie, pracujemy. Jakieś wycieczki niemieckie na pseudo krakowską z grilla wpadają, jakieś obiadki abonamentowe dla "domkowiczów"...
Przyjeżdża Pan z Panią na obiadek. Przy kasie zamawiają jedzonko, siadają na dworzu. Za jakiś czas konsumują.
W międzyczasie jest sporo klientów, polerowanie szkła na wesele, dmuchanie balonów.... I nagle Pocahontas pyta: czy ten od obiadku zapłacił? yyyyyyyy!! Chyba .... nie wiem... napewno NIE!! W głowie przewala mi się tysiąc myśli a w tym jedna podstawowa, że znowu będziemy oddawać pieniądze za jakieś braki. O nie! No to jako, że ja rączą łanią być mogę, rzucam się galopem na plażę, pamiętając, że o niej właśnie klient obiadkowy wspominał jak i o odwiedzeniu znajomych ratowników. Biegnę więc w służbowym ubranku: spódniczka czarna, biała bluzka i sweterek czarny. Biegnę po plaży minimalnie tekstylnej. Biegnę jakieś pięćset metrów, wypatrując budki ratowniczej. Dopadam jej, po drodze pozbywając się sweterka, a tuż przed samą budką rozważając zdjęcie bluzki. Powstrzymuję się z bluzką, choć nie wiem czemu, bo "panowie" ratownicy w wieku jakiś lat osiemnastu występują tylko w czerwonych bokserkach. No cóż, ich obowiązuje inny strój służbowy. Trudno się mówi. Więc z jęzorem na wierzchu z powodu upału, biegu i innych takich, tłumaczę panom ratownikom kogo szukam i dlaczego. Panowie się przejmują mocno. Stwierdzają, że trza łapać złodzieja i że na pewno u głównego ratownika skoro miał ratowników odwiedzać. No to biegniemy. Dwóch opalonych, dobrze zbudowanych osiemnastolatków w czerwonych gaciach a między nimi ja w spódniczce, rajstopkach i bluzeczce białej. Biegniemy mijając półnagie, opalające się ciała i dziwimy się co to za ludzie dziś obiad zamawiają a nie płacą po skonsumowaniu. Pędzimy przez jakieś kolejne pół kilometra aż dopadamy do wypożyczalni sprzętów wodnych, budki ratowniczej i zacumowanej łódki z najedzonym konsumentem. Konsument siedzi rozpostarty w napewno nieswojej łódce i trzyma w jednym łapsku piwo. Panowie ratownicy puszczają pod nosem z niedowierzaniem: "o żesz kurrwa!", ja im daję znak uspokający, że dajemy panu szansę, zanim go Ci w spodenkach wyciągną z tej łódki. Spodenkowi chwilowo odpuszczają, a ja pełna negatywnych odczuć do Pana Konsumenta wykrzykuję: "wyskakuj z tej łodki płać za obiad zanim wezwę policję!!". Konsument wyskuje jak oparzony i mówi: "spokojnie, spokojnie...... a to ja nie zapłaciłem?!". "Ano nie zapłaciłeś, rachunek wynosił 26 złotych, płać!". Konsument wyciąga portfel i daje 30zł, przepraszając i kajając się niemożebnie. Czerwone majtki w międzyczasie wykonują ruchy jakby chcieli konsumenta nauczyć kultury i uczciwości. Konsument cały w przepraszaniach, że mnie się nawet robi trochę głupio. Generalnie jestem jednak zadowolona z akcji ratunkowej własnego portfela.
Wracam już pomału, po drodze dziekuję majtkowym i żegnam się z nimi niechętnie. Dochodzę do motelu w chwale obrońcy prawa, dzierżąc w ręce całe 30 złotych polskich. Pocahontas bije brawo i kucharze też.
Do końca zmiany jeszcze zostało parę godzin. Pracuję w glorii i chwale. Obsługuję klientów, wydaję obiady i klucze do pokoi.... nagle wchodzi "mój" konsument ze swoją Panią. W moim (pół)mózgu staje obraz jak malowany: konsument zamawia jedzonko, PŁACI i pyta czy może skonsumować na dworzu. Konsekwencji nie wspomnę poza łzami jakie mnie zalały zanim facet się upomniał o zwrot kasy i poza tym, ze wrócił kilka dni później, tym razem sam, i prosił aby obiad podała ścigająca kelnerka. :)



apdejt :) połasiłam się na :


a łaszę się tu: http://tworczula.blogspot.com/

poniedziałek, 8 września 2008

walentynkowanie 2007

Dzien byl ciezki.... zupelnie jak w napieciu przedmiesiaczkowym. Burczalam na meza z ciezkim wyrzutem, ze burcze. A czemu burczalam? Z powodu przygniatajacej kolacji walentynkowej jaka mialam w planach. Po kilku latach sredniego swietowania Walentynek (wrecz wcale) postanowilam, ze tak nie moze byc. Caly Swiat szaleje... USA, Polska i tylko tutaj w Islandii szalenstwa nie ma. Przekorna dusza nakazala mi poswietowac w prawie amerykanskim stylu. Mial byc szampan i truskawki i oczywiscie czekolada, sexi ubranie... no calosc "dobrze zrobiona". No i ten moj wytwor wyobrazni, ten plan ze bedzie pieknie i romantycznie i smacznie i wytornie od kilku dni dawal mi sie we znaki.
Po dlugich poszukiwaniach wygrzebalam cudne przepisy autorstwa Anay, przyznaje zdjecia mnie skusily i pewne wspomnienie smaku. Przepis Anay obiecywal ten smak. No wiec miala byc zupa truskawkowa na ostro, mialy byc poledwiczki z czekolada i salata z pomaranczami. Zaczelo sie od zakupow i poszukiwania czabru i poledwicy. Ani jednego ani drugiego nie zdobylam...za co mezowi sie dostalo... bo po drodze od sklepu do sklepu coraz bardziej warczalam. Udalo sie zakupic truskawki i maskarpone, czekolade i inne dodatki. Odwazna decyzja postanowilam zastapic poledwiczki schabem. Czaber gorczyca (za rada Anay), pieprz czerwony w ziarnach papryczka chilli swieza. PIetruszki swiezej zapomnialam szukac wiec na koniec uznalam ze suszona sie nada.
PO powrocie do domu pokrecilam sie po kuchni, maz zasiadl do komputera ja padlam z placzem na lozko, nie wiedzac czego becze. Maz delikatnie zapytal czy nie wolalabym odpoczac... na co odpowiedzialam mu fala pokrzykiwan przez lzy, ze sa walentynki i bedzie pieknie do cholery! Po tym jak wywalilam wszystkie ciuchy z szafy (przejaw histerii), maz stwierdzil, ze wszystko bedzie dobrze i ze on mi pomoze (ha!). Wydrukowalam wiec przepisy, wreczylam mezowi i posmarkujac przejrzalam produkty... okazalo sie ze kilku rzeczy jednak brakuje, ale to nic..nic, bo maz zrobil mi drinka uzywajac becherowki, zrobilo sie milej. Po drinku stwierdzilam, ze moze jeszcze jeden by nie zaszkodzil. W polowie szklanki polowek moj oglosil ze jakaz to szkoda iz sie trunek skonczyl. Wrrrrrrr wydalam okrzyk, ze mial byc do zupy truskawkowej.... to nic ... zapijemy szampanem i tez smacznie bedzie. No wiec do dziela, marynowanie mieska, rozpuszczanie czekolady, miksowanie truskawek, obieranie pomaranczy. Wydawalam mojemu biedakowi krotkie rozkazy pobieznie zerkajac na przepisy. Wszystko ladnie nam sie udawalo. Czekoladka byla pyszna i ser plesniowy rowniez, truskawki czerwoniutkie... i papryczka chilli tez. Rozetki ziemniaczane juz sie zapiekaly ...bylo pieknie i bez nerwow (prawie). Zasiedlismy do stolu... Polowek w kalesonach a ja w niebiesciutkich "sprzatajacych" dresach, otrzymanych w spadku... ale to nic, no przeciez sami swoi w domu, znaczy tylko my,i tak jestesmy piekni. Ziemniaczki na talerzach, schabik zalany czekoladka z plesniakiem, salata z pomaranczami i (o zgrozo kaparami... niby afrodyzjak). Polowek zachowal kulture i jadl grzecznie suto zapijajac szampanem (znaczy winem musujacym), usmiechal sie delikatnie. MOja kultura wysiadla po dwoch kesach i oswiadczylam, ze nie skonsumuje schabu w czekoladzie, po kilku nastepnych minutach oswiadczylam ze salaty z kaparami ten nie dam rady. Przeszlismy wiec do deseru, w trakcie ktorego oznajmilam ze mascarpone jest bleeee i ze cos mnie oko szczypie, nie wspominajac o podniebieniu. Polowek natomiast w dziwnych konwulsjach skoczyl do zlewu zlewac sobie usta zimna woda (poparzyl sie czy co?). Po chwili, i po kilku lyzkach zupki i kilku kieliszkach szampana okazalo sie, ze jestesmy cierpiacy na poparzenie papryczkowe. Ja mialam paryczki w ranach klotych po rozach (pracuje w kwiaciarni), maz mial w ranach szarpanych (kot), buzki mielismy zlane woda i szampanem a na koniec moje lekkie pieczenie w oku skonczylo sie potokiem lez trwajacym przez dwie godziny, plukaniem oczu kieliszkiem wody i ciaglym popijaniem babelkow na zlagodzenie pieczenia w paszczy. Proby mycia rak kilkunastokrotne niestety nie przyniosly efektow, papryczki nadal zarly. Po okolo 3 godzinach od rozpoczecia oficjalnego swietowania walentynek siedzielismy przed telewizorem umierajac ze smiechu nad glupota nasza (moja mowiac szczerze), wysmarowani kremami chlodzacymi w miejscach bolacych i z okladem ze smietany na bablach, powstalych po soku papryczkowym.
Uznalismy iz nasze Walentynki byly niepowtarzalne i niezapomniane i ze wiecej ich nie chcemy. :)
heh nastepne Swieto to moje urodziny..i tak sobie mysle moze pojdziemy do restauracji :)